Tak się żyje!

Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby prozatorskie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Regulamin forum
Zaczynasz poznawać światy własnej twórczości? Masz ciekawe wizje? Malujesz otoczenie metaforami? A polonistka nie nauczyła cię właściwie nic, jeśli chodzi o właściwe przelanie myśli na papier? Znasz zasady języka polskiego, lecz nie zawsze je stosujesz poprawnie?
Ten dział jest dla ciebie!
Nie martw się, nawet Hemingway od czegoś zaczynał. Tutaj możesz opublikować swoje pierwsze próby literackie. Pamiętaj, że nawet złoto ma swoją próbę, więc warto się sprawdzić.
Awatar użytkownika
Beh
Użytkownik zbanowany
Posty: 35
Wiek: 18

Tak się żyje!

Post#1 » 14 lip 2017, o 19:57

O, to jest chyba odpowiedni dział dla tego tekstu. Jest to jedno z moich pierwszych opowiadań, a do jego stworzenia zainspirowała mnie lekcja historii, dotycząca obozów koncentracyjnych w Polsce. Wklejam tak, jak jest. Stan mojego stylu jest (mam nadzieję) obecnie nieco lepszy, ale jestem strasznie ciekawa, co powiecie na mój absolutny debiut. wór ma dwa lata.

Było cicho, jak zawsze przed świtem. Księżyc powoli chylił się ku zachodowi, oświetlając ciemną od deszczu szosę.
- Widział pan?! Lis! I jak blisko… – pełen naiwnej ciekawości głos wyrwał go z zamyślenia.
Więzień błyskawicznie uniósł głowę i obrócił ją w stronę siedzącego przy nim młodego mężczyzny w czarnym, skórzanym płaszczu. Z trudem powstrzymał się od zerwania się na równe nogi.
- Nein, mein Herr. Habe ich nicht gesehen. – wyrecytował równym, pozbawionym emocji głosem.
- Mocno się pana trzyma ten niemiecki! – mężczyzna w czarnym płaszczu zaśmiał się i lekko szturchnął go w ramię. Numer 6761 skulił się odruchowo, czekając na mocniejsze uderzenie, które jednak nie nastąpiło.
- Niechże się pan rozchmurzy, panie Spitz! Jest pan wolny. Wolny, jak ptak!
„Spitz”... Brzmienie tego słowa nie było mu obce, nie pamiętał jednak, skąd je kojarzy. Ostrożnie podniósł ciemne, podkrążone oczy na twarz swego rozmówcy i posłał mu pytające spojrzenie. Młodzieniec spoważniał w oka mgnieniu i zagryzł dolną wargę.
- Spitz to pańskie nazwisko. – wyjaśnił po chwili. – Nazywa się pan Franz Spitz, trafił pan do obozu trzy miesiące temu jako jeden z wielu Erziehungshäftlinge . Wczoraj rano przyszedł rozkaz wypuszczenia pana na wolność. Przed wyjazdem kazano panu podpisać to... – w ręku młodego człowieka zaszeleścił jakiś papier. –Pamięta pan? Jest to zobowiązanie, w którym przysiągł pan wierność Fuhrerowi. W zamian otrzymał pan wolność i pracę w warszawskim oddziale gestapo na Szucha, czyli wraca pan do swoich. – mężczyzna w skórzanym płaszczu znów zaśmiał się i włożył trzymany w dłoni dokument do stojącej między nogami teczki. – No, co pan tak zbladł? Wszystko w porządku?
- Ja, alles in Ordnung, mein Herr.
- Ejże! Przestańże pan szwargotać, bo mnie szlag trafi! Coś pan, polskiego zapomniał?
- Nein...Znaczy się... Nie, nie zapomniałem, ale to silniejsze ode mnie. W obozie kazano nam mówić tylko po niemiecku w obecności oficerów... Trudno mi się tak nagle odzwyczaić…
- Panie, taki ze mnie oficer, jak z pana Ruski. Jak dojedziemy na miejsce, będę musiał panu cholewy własną czapką pucować, bo nie wiem, czy pan wie, ale w ramach zadośćuczynienia zwrócono panu stopień sierżanta sztabowego, a ja jestem tylko szarym kandydatem na podoficera, towarzyszącym panu w charakterze eskorty…. Czy na pewno wszystko w porządku, panie Spitz?
- Tak, tak… Jestem trochę zmęczony, ale nic mi nie jest…
Młodzieniec zaśmiał się znowu.
- Ma pan poczucie humoru, proszę pana. Ja tam w obozie byłem tylko przez pół dnia i już mam dosyć do samej śmierci, a pan… Żelazne nerwy, mówię panu… Z tego, co wiem, to do Warszawy już niedaleko, odpocznie pan po tym wszystkim. Po przyjeździe proszę się od razu położyć, bo nie wygląda pan za dobrze.
- Nie wiem, czy będę w stanie, proszę pana. W obozie o tej porze już od godziny byliśmy na nogach, odzwyczaiłem się od długiego snu.
- Zobaczy pan: jak przyjedziemy to i nasennych nie trzeba będzie panu podawać. Dwa dni murowane! Ech! Z chęcią pokazałbym panu Warszawę o brzasku, ale najpierw dam panu się porządnie wyspać i osobiście złoję każdego, kto spróbuje panu w tym przeszkodzić.
- To bardzo miłe z pana strony, ale czy nie ma pan nic innego do roboty prócz pilnowania mnie?
- Za dużo gadam, tak? – młody człowiek spochmurniał natychmiast i znów zagryzł dolną wargę.
- Ależ nie! Nie to miałem na myśli. Po prostu chciałem wiedzieć, czy nie ma pan jakiś innych, ważniejszych spraw w stolicy. Bo jeśli tak, to proszę się mną nie kłopotać, dam sobie radę. Zresztą, mam w Warszawie rodzinę… Przynajmniej trzy miesiące temu miałem… I naprawdę, jeżeli ma pan jakieś ważne sprawy, to może mnie pan śmiało zostawić.
- Gdybym mógł pana zostawić, to nie fatygowałbym się do samego Oświęcimia i z powrotem tylko po to, żeby dostarczyć pana na miejsce. Ja jestem panu przydzielony… Chodzi o to, że ja… no, jak by to rzec… ja jestem kimś w rodzaju praktykanta... Przez najbliższe pół roku mam obserwować pańską pracę... Proszę mnie nie zrozumieć źle, ale muszę być stale przy panu obecny. Taki rozkaz… Jeśli dobrze się spiszę, to być może już za miesiąc będę w szkole oficerskiej… To dla mnie bardzo ważne… Oficerom więcej płacą, a ja… ja mam dziewczynę w stolicy i… okazało się, że ona… ona jest w ciąży i wie pan, jak to jest… Ślub mamy zaplanowany na czerwiec, wydam na to wszystkie moje oszczędności, a trzeba z czegoś żyć. We dwójkę jakoś damy sobie radę, ale dziecko… A to już czwarty tydzień… - w kącikach oczu strapionego narzeczonego pojawiły się łzy. – Ja naprawdę… To dla mnie jedyna szansa… Warunek dowództwa… Ja… ja już nie wiem, co robić… - zachlipał.
- Jeżeli pan chce, to postaram się panu jakoś pomóc. Mam swoje znajomości, dopytam, może ktoś coś… A tymczasem… - Spitz nie wiedział zupełnie, jak pocieszyć przyszłego ojca – proszę przyjąć ode mnie ten zegarek jako wyraz wdzięczności za wszystko, co pan dla mnie zrobił. Koperta jest grubo pozłacana, weźmie pan za niego nawet sporo, powiem panu, komu go sprzedać… Oczywiście może pan go sobie zachować, należy do pana… - tłumaczył, roztrzęsionymi rękoma rozdzierając poszewkę swego znoszonego płaszcza. Łańcuszek wesoło zabrzdąkał o szkiełko. Spitz, uporawszy się wreszcie z zahaczającymi o kopertę nitkami, wydobył zegarek i niemalże przemocą wcisnął go w znieruchomiałe ze zdziwienia dłonie młodzieńca w skórzanym płaszczu. – Proszę to ode mnie wziąć. Przyda się panu…
- Ależ proszę pana…. Ja… ja nie mogę…
- Może pan, a nawet musi. Dla dobra dziecka…
- Nie, nie, nie, panie Spitz. Nie mogę… Jestem na służbie… Nie mogę…
- W porządku. Nie chce pan po dobroci, będzie inaczej: albo pan ten zegarek ode mnie przyjmuje, albo załatwię pan tak, że do końca życia nie wyjdzie pan poza stopień kaprala. Ist das klar?
- Jawohl, Herr Hauptscharführer! – wykrzyknął młodzieniec, ocierając łzy. – Teraz rozumiem, dlaczego pana tam tak długo trzymali. Pewnie ktoś bał się o swoją skórę i doniósł, a komuś innemu wcale nie spieszno było pana stamtąd wyciągać… Boże, uchowaj przed takim generałem… - dodał po chwili, uśmiechając się szeroko. – Nie wiem, jak mam panu dziękować, panie sierżancie… Boże, co pan tak zbladł?!
- Nic, nic, zaraz przejdzie. To chwilowe… - szepnął Spitz. - Ale nie mówmy o tym, proszę… Wspomniał pan o zobowiązaniu. Czy mógłbym je przeczytać raz jeszcze?
- Ależ tak, naturalnie… Ale – spojrzał podejrzliwie na pobladłą nagle twarz byłego więźnia – czy czuje się pan na siłach?
- Uważa pan, że to zbyt duży stres? Może i ma pan rację… Jak właściwie się pan nazywa?
- Ja? Hans Janusz. Urodziłem się w Ostrołęce, ale moi rodzice poznali się w majątku państwa Guniewiczów, na Litwie. Ojciec był zarządcą majątku, a mama… no, cóż… zwykłą pokojówką pani Guniewiczowej… Kiedy tylko państwo się dowiedzieli, że mama jest w ciąży, podnieśli straszny raban i rodzice musieli uciekać… Osiedli właśnie w Ostrołęce, u dalekich krewnych mamy… Wzięli ślub… Mam jeszcze dwójkę rodzeństwa, młodszych, ale siostra już chyba… Długo chorowała, a w dniu mojego wyjazdu nie miała nawet siły, by mnie uścisnąć… Nie mam o niej żadnych wieści… Ale taka kolej rzeczy… Feluś! – Hans wychylił się z okna tak nagle, że mało brakowało, a byłby wypadł z samochodu. – Ile do tej Warszawki?
- Nie drzyj pyska, bo jeszcze ci szczęka na szosę wyleci! – burknął szofer. – A do Warszawy jeszcze dobry kwadrans, nie mniej. Dowiedziałeś się, to teraz właź, chłopie, do środka, bo w lusterku zamiast drogi widzę twój kulfon!
- Słyszał pan? – jęknął Hans, energicznie machając korbką do zamykania okien. – I dobrze mu tak, sałacie zmechanizowanej… Na dorożkarza się ledwo nadawał, a już go w samochód wsadzili… A żebyś tak do samej śmierci tą puszką jeździł, palancie. Do mnie, wojskowego, per chłopie? Już ja ci pokaże, woźnico z bożej łaski! – pomachał zaciśniętą pięścią w powietrzu.
- Niechże się pan tak nie gorączkuje, proszę pana. – Spitz z trudem panował nad cisnącym mu się na usta uśmiechem. – Nie zna pan warszawiaków? Z wierzchu cham, a jak co do czego, to i rodzone dzieci panu odda.
- Może i racja, ale mnie jakoś… Nie przywykłem ja do tego jeszcze, choć już dwudziesty dziewiąty rok mija, jak po stolicy się szwędam.
- Dwudziesty dziewiąty? To pan ode mnie tylko dwa lata młodszy!
- Jak to? – na twarzy Hansa malowało się bezgraniczne zdumienie. – Jak to?
- Obóz postarza, wiem. Ale ja pamiętam, że gdzieś mi się pańskie nazwisko o uszy obiło… Zaraz… Tak jest! Dziesięć lat temu składał pan dokumenty na Wojskową Akademię Techniczną, prawda?
- Taaak… - wystękał nieszczęsny kandydat na podoficera, nie mogąc niczego zrozumieć.
- No, tak myślałem. Kończyłem wtedy drugi rok… A nazwisko słyszałem na korytarzu, jak ogłaszali wyniki egzaminu. Paru tych, co się dostali, wykrzykiwało na całe gardło, że jest pan „żółtodziobem nielotnym, co to się nawet za grube pieniądze na WAT nie dostanie, bo mu oleju w głowie nie starcza”. O ile wiem, wyrzucono ich po drugim dniu, bo zamiast się skupić na wykładach, to ciągle o panu gadali. Oj, narobił pan zamieszania na Akademii, narobił. Żeby pan widział, z jaką pompą ich wylewali! Pięciu profesorów, dwóch woźnych z miotłami, rektor… Miło było popatrzeć!
- Acha – Hans Janusz był tak skonsternowany, że nie mógł wykrztusić z siebie ani słowa więcej.
- Tak było, panie Hans, tak było. No, ale chyba się zagadaliśmy, bo coś mi się zdaje, że już przez Kierbedzia jedziemy. Krzyknij pan do tego Felusia, żeby na Alei Szucha stanął, pod dwudziestką piątką.
- Oszalał pan, panie sierżancie? Pan ledwo na nogach stoi, a już do roboty? Proszę sobie dać chociaż ze dwa tygodnie na rekonwalescencję…
- Ech, kochany. Widzę, że istotnie nie przywykł pan jeszcze do warszawskiej mentalności. Jak kogo nawet i dwa dni w pracy nie ma, to już jego sprzęt na własne potrzeby przysposabiają. Ostatnio chłopcy strasznie narzekali na szarość, kwiaty chcieli sadzić… Niech mi pan pozwoli chociaż zobaczyć, co za roślinność u mnie na biurku się rozrasta.
- No, dobrze, ale proszę pamiętać, że wchodzi tam pan na własną odpowiedzialność, panie sierżancie… Feluś! Na Szucha 25! – wrzasnął Hans, wychylając się przez ponownie otwarte okno.
- Drugi raz mówię ci, chłopie, trzymaj się w środku, bo gazu dodam i ci łeb w Wisłę wpadnie, a korpus na Powązki powiozę… Na Szucha?! Jest, wedle życzenia!
Chwilę później czarny Citroen BL11 mknął Alejami Ujazdowskimi z prędkością tak zawrotną, że siedzącym w nim pasażerom nie pozostawało nic innego, jak tylko modlić się o to, by nic ciężkiego nie stanęło mu na drodze. W końcu, po wykonaniu serii mrożących krew w żyłach manewrów, auto zatrzymało się z piskiem opon przed samym gmachem więzienia.
- Ej! Tak się jeździ, frajery dęte! – krzyknął szofer, machając zwycięsko zaciśniętą pięścią w stronę ulicy. – Wuala, jak to się mówi, jesteśmy na miejscu! – zawołał, kłaniając się z gracją w stronę pasażerów. – No, panowie, hopsa, wysiadać szybciutko, interesa załatwiać i do punktu docelowego się przemieszczamy, bo mnie już pewno małżonka z tłuczkiem do ziemniaków za pazuchą oczekuje… A zresztą – machnął ręką, widząc pobladłą ze zmęczenia i strachu twarz Spitza – przecie jej powiem, że samego Hauptscharführer’a z Auschwitz do naszej rodzimej stolicy woziłem. Dla pana to mnie i paru guzów nie szkoda, panie sierżancie! - zapewnił, szerokim gestem otwierając ciężkie drzwi wejściowe. – Wuala, moi panowie! Zapraszam panów do środka, a ja, jeśli panowie pozwolą, nieco promenady dookoła automobilu zażyję, żeby szanownym panom się nie nastręczać.
- Dziękuję panu, panie Felic…
- Ja, proszę szanownego, Feluś jestem i za Felicjana robić nie będę. Felusiem żem się urodził i Felusiem umrę.
- W porządku – Spitz uśmiechnął się pobłażliwie – Dziękuję panu, panie Feluś. Jest pan wolny. Zapłatę, oczywiście współmierną do pańskiej fatygi, otrzyma pan na pierwszym piętrze, drugie drzwi po lewej z tabliczką „Finanzen”. Proszę powołać się na Franza Spitza…. No, zapraszam… Nie ma się czego bać, areszt jest w podziemiu – dodał, widząc wahanie na twarzy szofera.
W końcu „Feluś” zdecydował się na wejście do gmachu, choć kroki stawiał niepewne, a oczy jego czujnie lustrowały każdy kąt.
- No, proszę pana, czy aż tak bardzo pan się nas boi? – Spitz czuł, jak zmęczenie ustępuje miejsca chłodnej, wyćwiczonej latami służby uprzejmości. – Zapraszam szanownego na górę.
Z chwilą wejścia do budynku opanowało go dobrze mu znane, rześkie uczucie emocjonalnego dystansu wobec wszystkiego, co było. Przeszłość przestała go interesować, zajmowało go tylko to, co miał w tej chwili do zrobienia: puścić szofera wolno, zadbać o to, by otrzymał wypłatę, wejść na górę i zobaczyć, jak miewają się współpracownicy. Taki zadaniowy sposób myślenia pomógł mu przetrwać w obozie, podczas gdy inni odchodzili od zmysłów w skutek nieludzkiego traktowania, bólu, głodu i wszechobecnej inwigilacji ze strony strażników. Spitz musnął palcami czoło, jednym ruchem odsuwając od siebie wspomnienia ostatnich trzech miesięcy. „Na to przyjdzie jeszcze czas.”- pomyślał, z trudem wchodząc po schodach. Był osłabiony, ale nie zamierzał teraz nad sobą rozpaczać, nie chciał też, by inni zobaczyli w jego oczach strach i cierpienie. Wyprostował się więc z ledwo słyszalnym jękiem i zmusił do uśmiechu. „ Nic się nie dzieje. Jestem u siebie… A tym donosicielem zajmiemy się później.” – postanowił, pokonując ostatni stopień. Zbyt wcześnie jednak wypuścił z dłoni poręcz, zatoczył się i byłby upadł, gdyby nie czyjeś ogromne, niedźwiedziowate dłonie, które, chwyciwszy go wpół, uniosły wysoko ponad głowę ich właściciela. Jednocześnie z dołu dobiegł gruby, pełen serdecznej radości głos:
- Franz, na miłość boską, żyjesz!
Spitz, słysząc znajomą, dudniącą niczym daleki odgłos bitwy mowę jednego ze swych podwładnych, odchrząknął dla nabrania powagi i syknął:
- Helmut, natychmiast mnie opuść!
- Eeeee, nieeee, kochany. Teraz to my cię stąd nie wypuścimy, prawda, chłopcy?! – wrzasnął potężny strażnik, obracając się parokrotnie wokół własnej osi.
- Prawda! – zawtórowała mu reszta więziennego personelu, która nie wiadomo stąd znalazła się na półpiętrze.
- Helmut, bo cię osobiście zamknę do paki, ty draniu!
Wierny wartownik nie miał jednak najmniejszego zamiaru odstawiać swego zwierzchnika na ziemię.
- Żeby mnie wsadzić, to najpierw musisz zejść, kochasiu. – żartował, podnosząc go jeszcze wyżej.
Zrozpaczony komizmem zaistniałej sytuacji, Spitz postanowił zmienić strategię.
- Helmut, kochany, opuść mnie, bo mi słabo…
- He, He! Może pan zemdleć choćby i u mnie na rękach, panie Hauptscharführer! Nigdy nie ważył pan zbyt wiele, a teraz to bym pana i do samego Berlina bez zadyszki zaniósł. He, He! To jak, chłopcy, opuścić go czy nie? – zwrócił się do stojącego dookoła nich tłumku.
- Opuść go, opuść!
Helmut wykonał ostatni piruet i, zanosząc się donośnym śmiechem, postawił Spitza na podłogę. Wyczerpany zbyt długą bytnością na wysokościach, sierżant ponownie stracił równowagę i po raz drugi podtrzymały go opiekuńcze dłonie Helmuta.
- No, Helmut, teraz to byś się od paki nie wywinął, ale za uratowanie mnie przed upadkiem daruję ci tę karę. – Franz uśmiechnął się i obrzucił uważnym spojrzeniem resztę zebranych. – Dobrze, żarty żartami, panowie, a życie życiem. Czy coś się zmieniło podczas mojej nieobecności?
- O tak, panie Hauptscharführer, Helmutowi się syn urodził!
- To dlatego tak wariuje… Poczekaj ty, niech no ja tylko dojdę do siebie, to się rozmówimy. – pogroził rosłemu strażnikowi, uśmiechając się zagadkowo. – Co jeszcze, meine Herren?
- Paru nowych trafiło do aresztu po zrewidowaniu ich mieszkań, mamy też dwóch pijaków, którzy nieładnie mówili o Fuhrerze, słowem to, co zawsze, Herr Hauptscharführer.
- Dobrze, dziękuję wam bardzo. A teraz wybaczcie, moi drodzy, ale naprawdę niezbyt dobrze się czuję i jestem zmuszony panów opuścić… Och, Helmut, byłbym zapomniał! Za karę zniesiesz mnie na dół!
- Jawohl, Herr Hauptscharführer! – zawołał postawny strażnik, gwałtownie podnosząc Spitza z podłogi.
- Tylko delikatnie, mój drogi. Nie jestem workiem ziemniaków, Helmut! – upomniał go sierżant, posyłając mu gniewne spojrzenie.
-Pardon, mein Herr, zapomniałem się nieco. To z radości, że pana widzę…- odparł Helmut, ostrożnie stawiając stopy na kamiennych stopniach.
Chwilę potem Spitz stał już przed drzwiami więzienia w towarzystwie Hansa Janusza. Młody człowiek w skórzanym płaszczu nie sprawiał wrażenia zadowolonego.
- Co z panem, panie Hans? Spochmurniał pan… Z jakiego powodu?
- Ja nie rozumiem, naprawdę… Na własne oczy widziałem, jak strażnik niósł pana po schodach, a pan odesłał szofera do domu! Ja uprzedzam, że pana nie podniosę, a o tej porze znalezienie taksówki graniczy z cudem!
- Ależ, mój panie! – Spitz zaśmiał się cicho – Zniesienie mnie było karą za naruszenie dyscypliny. Zapewniam pana, że nie jest ze mną tak źle, a do domu mam niedaleko.
- Jakiego domu, panie sierżancie?! Ja mam rozkaz dostarczyć pana do szpitala, a nie do domu!
- To ja tu rozkazuję, nie pan. Zrozumiano?
- Jawohl, Herr Hauptscharführer!
- Cieszę się, że pan mnie rozumie. A jeśli chodzi o szpital, to spędziłem ostatnie dwa tygodnie w szpitalu w Auschwitz i mam dość lazaretów na parę dobrych lat. Ponadto jestem zdania, że nic tak dobrze nie leczy, jak pobyt we własnym kącie. Czy przekonałem pana?
- Wedle rozkazu, panie Hauptscharführer, ale co ja dowództwu powiem?
- O to niech pana głowa nie boli, panie Hans. Ja wszystko załatwię, tylko muszę się trochę zebrać do kupy. Idzie pan ze mną, czy chce pan odwiedzić wybrankę swojego serca?
- Zaraz, zaraz. Pan tak na serio? Piechotą?!
- Ja rzadko kiedy żartuję, proszę pana. O odległość proszę się nie martwić, mieszkam trzy domy stąd. A dokładnie na następnej przecznicy mieszka moja młodsza siostra, także może mnie pan ze spokojnym sumieniem zostawić.
Hans westchnął głęboko i potrząsnął głową na znak zdecydowanego sprzeciwu.
- Coś panu się nie podoba? – W głosie Spitza zadźwięczało zdenerwowanie.
- Nie, panie Hauptscharführer. Nie puszczę pana samego. Jeśli już tak bardzo chce pan mnie zwolnić z mojego obowiązku, to proszę zawołać któregoś ze swych kolegów, aby zaprowadził pana do domu.
- Wie bitte?! – Ciemne źrenice sierżanta powoli rozszerzały się pod wpływem narastającego w nim gniewu.
Hans opuścił głowę. Wahał się. Kiedy ponownie spojrzał Spitzowi w oczy, były już prawie całkowicie czarne.
- Dobrze, panie Hauptscharführer. Pozwoli pan, że się odmelduję. – Kandydat na podoficera stanął na baczność, zasalutował i zakrzyknął „Heil!”.
Czarne od gniewu oczy sierżanta natychmiast odzyskały swój zwykły kolor świeżego kasztanu.
- Danke, Herr Janusz. I radzę panu nigdy więcej nie dyskutować ze starszym rangą. Abreten!
- Jawohl, Herr Hauptscharführer! – odparł Hans i prędkim, wojskowym krokiem oddalił się w stronę Alei Ujazdowskich. Po drodze dręczyły go wyrzuty sumienia, ale nie śmiał odwrócić głowy. Skręcił za róg budynku i puścił się biegiem. Chciał jak najprędzej zapomnieć o niedawnej utarczce, o dowództwie, braku pieniędzy, rozkazach, warunkach, zobowiązaniach. Jedyne, o czym chciał pamiętać, czekało go tam, w małej, niepozornej kamieniczce na końcu Alei, na drugim piętrze. „Imgard...” – pomyślał, zwalniając.
- Już idę do ciebie, kochana... – szepnął na głos.
Nie zdołał jednak wypełnić swej obietnicy. Z rozmarzenia wyrwało go „Halt!”, wypowiedziane tuż nad uchem zachrypłym, złowrogim szeptem. W tej samej chwili czyjeś zwinne ramię owinęło się dookoła jego piersi, uniemożliwiając ucieczkę. Hans szarpnął się i zamarł ze zdumienia, czując na skroni zimną lufę pistoletu.
- Gdzie masz zegarek, ofermo?! Dawaj mi go zaraz!... No, ruszaj się, pędraku, bo Mauser nie lubi czekać... – wywarczał nieznajomy, mocniej przyciskając lufę do skroni przerażonego żołnierza.
- Nie oddam... – jęknął – Nie ukradłem go, tylko dostałem.
- Od więźnia z Auschwitz, tak? Od tej niemieckiej szuji, która rozmawia ze swymi podwładnymi na korytarzach, zamiast robić to, co do niej należy? Tak?!
- Taaaak, proszę pana...
- „Proszę pana”! Ha, ha! Elegancik się znalazł! Dawaj zegarek albo ci łeb rozkwaszę! Liczę do trzech... Raz... Dwa... iiiiiii...
- Trzy, frajerze!
Padł strzał. Krótki, urwany w połowie jęk wstrząsnął ulicą. Krew. I Mauser, leżący w kałuży krwi. Hans cofnął się o krok, nie mogąc uwierzyć w to, co widzi.
- Feluś? – wykrztusił w końcu.
- Do usług szanownego! – szofer ukłonił się z uśmiechem i obrzucił Hansa uważnym spojrzeniem. – Obrażeń cielesnych pan nie posiada? To dobrze. A tak przyszłość, w Warszawce zawsze trza cóś grzmiącego mieć, bo takich frajerów, jak ten – splunął pod nogi – coraz więcej. Myślą, że jak nie Polska, to można rozrabiać. Tfu! – Feluś odwrócił się energicznie i zaczął się oddalać, pogwizdując niefrasobliwie.
- Panie, a…
- Sztywniakiem proszę szanownego pana się nie zajmować, od tego jest policja.
- Ależ on jeszcze oddycha, słyszę to.
- Ech! Żywotny, skurczybyk! To ja po karetkie, a pan tu stój i patrz, żeby nie nawiał.
Chwilę później rozległo się wycie syreny Pogotowia. Z wnętrza jadącego jeszcze samochodu wyskoczyło dwóch pielęgniarzy. Jeden z nich niósł pod pachą apteczkę pierwszej pomocy, drugi dzierżył oburącz złożone na pół nosze. Rannemu podano jakiś zastrzyk i, nie zważając na jego głośne protesty, wciągnięto do karetki, która natychmiast ruszyła, pozostawiając po sobie tumany kurzu.
- No, i tak się żyje! – podsumował Feluś, otrzepując pył z czapki.
Hans długo jeszcze nie mógł się otrząsnąć z wrażenia. Nie mieściło mu się w głowie ani to, w jaki sposób Feluś znalazł się na zupełnie pustym placu, ani to, w jakich słowach szofer podsumował całe zajście. „Tak się żyje!” – czyżby strzelanie do ludzi było w okupowanej stolicy czymś zupełnie normalnym? Nie, tego nie mógł pojąć. Nie mógł i na dobrą sprawę nie chciał.
Chwilę później stał już w salonie, ściskając drżące dłonie swej ukochanej. Świat przestał dłań istnieć.

„Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."
M. Bułhakow

Tagi:

Ewelina
zaklęty miecz
zaklęty miecz
Posty: 273

Tak się żyje!

Post#2 » 15 lip 2017, o 10:40

Dobrze piszesz.
Bardzo dobre kreacje bohaterów, bardzo dobrze nakreślony obraz świata, nastroje, problemy tamtych czasów - jakbyś tam była i żyła.
Uwaga, żadna z moich postaci nie jest mną. Jeśli sądzisz inaczej, skontaktuj się z lekarzem lub farmaceutą, albo przeczytaj ulotkę.

Awatar użytkownika
Beh
Użytkownik zbanowany
Posty: 35
Wiek: 18

Tak się żyje!

Post#3 » 15 lip 2017, o 12:24

Ewelina pisze:Dobrze piszesz.
Bardzo dobre kreacje bohaterów, bardzo dobrze nakreślony obraz świata, nastroje, problemy tamtych czasów - jakbyś tam była i żyła.

Dziękuję za miły komentarz. :) A już myślałam, że moje pierwsze opko okaże się gniotem... Uff.
„Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."
M. Bułhakow

Awatar użytkownika
Grafoman
Pędzipióro
Posty: 792

Tak się żyje!

Post#4 » 15 lip 2017, o 12:31

Aj waj, co tu się zadziało z zapisem dialogów? Zapraszam do lektury Poradnika na ten temat.
Ciekawe opowiadanie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że gdzieś je już widziałem. Albo mi się przyśniło. :)
Tak jak wspomniała Ewelina, czyta się lekko, bohaterowie żyją, czuć ich emocje, myśli, charakter.
Pozdrawiam,
Graf
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Beh
Użytkownik zbanowany
Posty: 35
Wiek: 18

Tak się żyje!

Post#5 » 15 lip 2017, o 12:33

Grafoman pisze:Aj waj, co tu się zadziało z zapisem dialogów? Zapraszam do lektury Poradnika na ten temat.
Ciekawe opowiadanie. Mam jednak nieodparte wrażenie, że gdzieś je już widziałem. Albo mi się przyśniło. :)
Tak jak wspomniała Ewelina, czyta się lekko, bohaterowie żyją, czuć ich emocje, myśli, charakter.
Pozdrawiam,
Graf

Dzięki za miły komenatrz. Do poradnika zajrzę.
Ja natomiast mam nieodparte wrażenie, że gdzieś już słyszałam to "aj waj". :)
„Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."
M. Bułhakow

Awatar użytkownika
Grafoman
Pędzipióro
Posty: 792

Tak się żyje!

Post#6 » 15 lip 2017, o 12:35

Ale ze mnie dureń! Że też Cię od razu nie poznałem. Wystarczyło spojrzeć na podpis.
Witaj, kuzynko! :D
"Jeśli chcesz się po­wiesić, po­wieś się na wy­sokim drzewie. "

Awatar użytkownika
Beh
Użytkownik zbanowany
Posty: 35
Wiek: 18

Tak się żyje!

Post#7 » 15 lip 2017, o 12:37

Grafoman pisze:Ale ze mnie dureń! Że też Cię od razu nie poznałem. Wystarczyło spojrzeć na podpis.
Witaj, kuzynko! :D

Ech, nie pomyślałam o tym, że tak szybko mnie zdemaskujesz. Hej! :)
„Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."
M. Bułhakow

Awatar użytkownika
Głodzia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 200
Wiek: 25

Tak się żyje!

Post#8 » 18 lip 2017, o 13:30

Nie porwało mnie to opowiadanie. Nudne. Piszesz dobrze, ale nie podchodzi mi taki styl pisania.
Deszcz bębniący w szyby szukał ukrytego wejścia, chcąc dotrzymać jej towarzystwa.

Awatar użytkownika
Beh
Użytkownik zbanowany
Posty: 35
Wiek: 18

Tak się żyje!

Post#9 » 18 lip 2017, o 13:36

Głodzia pisze:Nie porwało mnie to opowiadanie. Nudne. Piszesz dobrze, ale nie podchodzi mi taki styl pisania.

Dziękuję za opinię. Cieszę się, że mimo nudy zostawiłaś komentarz pod tekstem. :)
„Nie wiadomo dlaczego wszyscy mówią do kotów „ty”, choć jako żywo żaden kot nigdy z nikim nie pił bruderszaftu."
M. Bułhakow

Awatar użytkownika
Głodzia
zaczarowane ostrze
zaczarowane ostrze
Posty: 200
Wiek: 25

Tak się żyje!

Post#10 » 18 lip 2017, o 14:20

Wzięłam twój tekst na dwa razy. Chciałam go dokończyć. I udało się. Mimo wszystko warto było przeczytać :) Takie wychodzenie poza swoje zainteresowania czytelnicze też jest dobre :)
Deszcz bębniący w szyby szukał ukrytego wejścia, chcąc dotrzymać jej towarzystwa.

Wróć do „Scholarium prozatorskie”



Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość